Miałam pisać bloga, ale nie mogłam. No nie mogłam. Bo sesja. Mam się uczyć, więc siedziałam i patrzyłam w notatki. Cudze oczywiście, bo sama na wykład na 8:30 nie wstanę, bo nie, bo to nie liceum i nie. A potem też nie, bo się non stop kłóciłam z P. A w takim okresie życia nie można takich rzeczy robić, bo to rzutuje. Nie wiem na co, na wszystko, a na błoga na pewno. Więc tłumaczę się sama przed sobą, dlaczego usiadłam dopiero dziś.
Miałam iść biegać, wiosna, w czwartek było tak fajnie. Ale zamiast tego siedzę przed komputerem i czytam bloga frustratki. I piąty raz czytam ten sam wpis, i za każdym razem jest mi tak samo nieswojo i źle. Myślę o śnie, kiedy on ją zabijał. Nie mam takiego snu, ale czasem mam pół-sen, że Ciebie nie ma. Nie ma, zniknąłeś. Albo nie było Cię nigdy. Nie no lodówkę i pralkę mógłbyś zostawić, i tą półkę jeszcze przesunąć, bo mówiłam że chcę mieć wysoką na oliwę, która musi stać w ciemności. No musi, bo się utlenia. I tak sobie myślę czy Ty też o tym myślałeś. Ale nie dam Ci tego do przeczytania, wystarczy, że ja się tak nieswojo czuję, Ty nie musisz. Ale nie martw się mi, mi jeszcze miłość nie kojarzy się ze śmiercią, tylko z dwoma garnkami makaronu świderki. Jednym dla mnie, bo lubię al dente i drugim dla Ciebie, bo lubisz miękki, a potem myję te dwa garnki, a mogłam jeden. I tak sobie myślę czy to zauważyłeś i doceniasz. Więc może już dziś miłość nie jest dla mnie różowa.
Przeczytałam, co napisałam i zrobiło mi się jeszcze bardziej nieprzyjemnie. Ale zostawiam, może od jutra będzie milej i nie będę czytać takich rzeczy wieczorem.